Artykuł: Pięć zmysłów muzyka – o higienie warsztatu i odwadze bycia sobą
Pięć zmysłów muzyka – o higienie warsztatu i odwadze bycia sobą
Studenci uczelni muzycznej potrafią być mistrzami dbania o swój instrument. Doskonale wiedzą, kiedy wymienić struny, jak przechowywać smyczek, jakiej wilgotności wymaga drewno i co zrobić, żeby klapy instrumentu dętego nie odmówiły posłuszeństwa w środku sezonu. Ta pieczołowitość jest standardem, do którego przyzwyczaja się młodych muzyków już od szkoły pierwszego stopnia. A jednak w tej całej trosce łatwo pominąć element, który pracuje najciężej i najdłużej: własne ciało i zmysły. Muzyk – niezależnie od tego, czy gra na skrzypcach, puzonie czy fortepianie, czy pracuje głosem – jest jednocześnie wykonawcą i „systemem”, który odbiera, przetwarza i produkuje dźwięk. Zaniedbanie tego biologicznego zaplecza ma konsekwencje znacznie poważniejsze niż pęknięta struna, dlatego higiena warsztatu powinna być tak samo oczywista jak codzienne ćwiczenie.
Trzy zmysły warsztatowe
Zawodowe granie i śpiew to połączenie muzykalności, intencji i codziennej pracy opartej na informacjach zwrotnych z ciała i zmysłów. Dlatego zanim przejdziemy do interpretacji i własnego stylu, warto przyjrzeć się podstawie, na której ten feedback się opiera. To ona pozwala kontrolować intonację, rytm, dynamikę i jakość – nawet wtedy, gdy jesteśmy zmęczeni albo pod presją.
Słuch – narzędzie pracy, którego nie da się wymienić
Słuch to punkt wyjścia dla każdego dźwięku, a uszkodzenia w jego obrębie mają to do siebie, że często są nieodwracalne. Komórki słuchowe nie regenerują się jak mięśnie po treningu – a muzycy na co dzień funkcjonują w środowisku, które dla uszu jest poważnym obciążeniem. Próby orkiestry, intensywne składy kameralne, godziny spędzone obok sekcji dętych czy perkusji – to wszystko składa się na tygodniową dawkę hałasu, która może zagrozić słuchowi. Według danych NIOSH bezpieczny limit narażenia na hałas to 85 dBA przy ośmiu godzinach pracy. Tymczasem muzycy grający na perkusji czy flecie piccolo przebywają w natężeniu rzędu 95 dBA, a instrumenty dęte blaszane generują poziomy w okolicach 92-94 dBA. W takich warunkach czas „bezpiecznej” ekspozycji szybko się skraca, a ryzyko problemów rośnie dużo szybciej, niż podpowiada intuicja. Wystarczy kilka takich prób w tygodniu, żeby ucho nie miało kiedy odpocząć.
Często pojawia się mit, że używanie stoperów uniemożliwia rzetelną kontrolę brzmienia. To prawda, jeśli mowa o zwykłych zatyczkach do uszu z apteki, które wycinają górne pasma i sprawiają, że słyszymy muzykę jak przez ścianę. Profesjonalne stopery muzyczne działają jednak inaczej – obniżają głośność, ale zachowują proporcje i barwę dźwięku. Korzystanie z nich na próbach czy głośnych koncertach, na które chodzimy dla przyjemności, to wyraz profesjonalnej świadomości. Lepiej zabezpieczyć ten zmysł teraz, niż za kilkanaście lat zmagać się z szumami usznymi albo ubytkiem, który utrudni precyzyjną pracę.
Wzrok – nuty, pulpity i ekrany
Zmęczony wzrok rzadko boli natychmiast, dlatego łatwo go przeciążyć bez wyraźnych sygnałów ostrzegawczych. Problem zaczyna się zazwyczaj od złego oświetlenia pulpitu. Granie w półmroku, często praktykowane po to, żeby zbudować „klimat” podczas ćwiczeń, wymusza nienaturalne wytężanie wzroku. Prowadzi to do szybkiego zmęczenia, bólów głowy i – co dla muzyka szczególnie dotkliwe – gwałtownego spadku koncentracji. Dobre, punktowe oświetlenie nut to jeden z najprostszych sposobów na poprawę efektywności ćwiczenia. Praca z partyturą wymaga precyzji, a oczy są tym narzędziem, które te informacje przekazuje do mózgu.
Coraz częściej w studenckiej codzienności – podczas nauki, rozrywki, a nawet prób – pojawiają się tablety i komputery, także jako wygodny sposób wyświetlania nut. Korzystanie z nich ma mnóstwo zalet, ale wiąże się z ekspozycją na światło niebieskie, które potrafi rozregulować rytm dobowy. Jeśli spędzasz wieczory na analizie partytur, pisaniu pracy czy przygotowywaniu aranżacji przed ekranem, okulary do komputera z powłoką typu blue blocker mogą być cennym wsparciem. Bardzo ważne są też regularne przerwy. Wystarczy raz na pół godziny spojrzeć na kilka sekund w dal, najlepiej za okno, aby dać odpocząć mięśniom odpowiedzialnym za akomodację. To drobny nawyk, który w skali dnia robi dużą różnicę – zwłaszcza, gdy materiał jest gęsty, a oczy zaczynają „pływać” po pięciolinii.
Dotyk – mechanika grania
Myślenie o dotyku w muzyce nierozerwalnie łączy się z ciałem, które jest częścią aparatu wykonawczego. Dotyk w tym sensie nie dotyczy wyłącznie palców – to także postawa, oddech, napięcie i kontakt z instrumentem albo z własnym głosem. Każdy muzyk zna to uczucie, gdy po kilku godzinach ćwiczenia pojawia się napięcie w barkach, nadgarstkach czy nawet w szczęce. To sygnały, których nie wolno lekceważyć. Siedzenie godzinami przy instrumencie w jednej pozycji jest dla organizmu znacznym obciążeniem statycznym. Podobnie bywa przy pracy głosem, kiedy napięcie „przenosi się” na szyję, żuchwę czy obręcz barkową. Ergonomia pracy zaczyna się od rzeczy, o których łatwo nie myśleć na co dzień – od ustawienia krzesła i pulpitu, przez wysokość instrumentu, aż po to, w jakiej pozycji pracuje głowa i odcinek szyjny. Nawet niewielka zmiana kąta nachylenia może sprawić, że mięśnie zaczną pracować swobodniej.
Pomocnym nawykiem jest wprowadzenie tzw. mikropauz, które działają jak strojenie instrumentu – tyle, że w odniesieniu do własnych ścięgien i mięśni. Już kilkanaście sekund rozluźnienia co pół godziny może zapobiec kumulacji mikrourazów. Ważne, żeby w takiej przerwie naprawdę odpuścić napięcie, a nie tylko „przełączyć się” na kolejne zadanie. Jeśli jednak pojawiają się sygnały ostrzegawcze w rodzaju drętwienia palców, przewlekłego bólu czy sztywności nadgarstka, dobrym rozwiązaniem jest konsultacja z fizjoterapeutą. Dobry specjalista, który ma doświadczenie w pracy z muzykami, umie trafnie odczytać przeciążenia wynikające z wielogodzinnych powtórzeń i utrzymywania pozycji. Taka osoba potrafi zlokalizować źródło problemu, które często tkwi zupełnie gdzie indziej, niż podpowiada intuicja – na przykład w ustawieniu miednicy, stabilizacji tułowia albo napięciu przepony. Wsparcie fizjoterapeutyczne przestało być domeną wyłącznie sportowców zawodowych. Dla wielu muzyków staje się po prostu elementem dbania o siebie, zwłaszcza gdy granie lub działalność wokalna ma zostać w życiu na dłużej.
Te trzy obszary – słuch, wzrok i ciało – tworzą bazę techniczną. Bez nich praca nad utworem staje się walką z oporem materii, a nie procesem twórczym. Gdy ta baza działa dobrze, pojawia się przestrzeń na decyzje interpretacyjne i na własny sposób opowiadania muzyki.
Dwa zmysły, które budują artystę
Gdy zadbamy o higienę podstawowych narzędzi pracy, można przejść do sfery, która najmocniej definiuje tożsamość twórczą. Z zestawu pięciu ludzkich zmysłów zostają jeszcze dwa – smak i węch. Na poziomie dosłownym wydają się one najmniej przydatne w filharmonii czy studiu nagrań. Jeśli jednak potraktujemy je metaforycznie, okaże się, że mają dużo więcej wspólnego z budowaniem dojrzałości artystycznej, niż można by przypuszczać.
Smak, czyli estetyka wyborów
Muzyka towarzyszy nam niemal w każdej minucie życia, stając się tłem dla codziennych czynności. Według sondażu Centrum Badania Opinii Społecznej aż 65% dorosłych osób słucha jej codziennie, a 21% robi to kilka razy w tygodniu. W przypadku młodych muzyków te statystyki są prawdopodobnie jeszcze wyższe, choć charakter tego kontaktu bywa bardziej „zawodowy” niż u większości słuchaczy. Smak w kontekście artystycznym to nic innego jak estetyka naszych wyborów i to, czym karmimy swoją wyobraźnię. To umiejętność filtrowania bodźców i decydowania, że „ten dźwięk mi pasuje”, „to mnie porusza”, „to jest mi bliskie” – albo wręcz przeciwnie.
Podobnie jak smak kulinarny rozwija się poprzez próbowanie nowych potraw, tak smak muzyczny kształtuje się przez kontakt z różnorodnymi wykonaniami. W murach uczelni naturalnie rośnie rola repertuaru, który akurat jest do przygotowania. Egzaminy, zajęcia i sugestie profesorów porządkują pracę, a klasyczne nagrania często są punktem odniesienia, do którego warto wracać. W tym wszystkim łatwo jednak zgubić drugi wymiar słuchania, ten bardziej ciekawski i poszerzający – a wrażliwość rośnie najszybciej wtedy, gdy ma kontakt z różnorodnością. Dlatego obok mistrzów dobrze jest słuchać także rówieśników i artystów z innych kręgów stylistycznych. To nie unieważnia tradycji, tylko dodaje perspektywę i pokazuje, jak wiele dróg może prowadzić przez ten sam utwór.
Węch jako intuicja własnego rysu
Zmysł powonienia ma unikalną cechę biologiczną – jest silnie połączony z układem limbicznym, odpowiedzialnym za emocje i pamięć. W naturze pomaga też rozpoznawać to, co „nasze” i znajome. Wystarczy spojrzeć na niemowlęta. Znajomy zapach opiekuna potrafi je uspokoić szybciej niż cokolwiek innego, ponieważ węch błyskawicznie rozpoznaje „swoje”, zanim zdążymy to nazwać. W muzyce węch można rozumieć podobnie – jako intuicję oraz umiejętność wyczucia tego, co w graniu i śpiewie jest najbardziej charakterystyczne i trudne do podrobienia.
Odkrywanie własnej artystycznej „nuty” nie dzieje się wyłącznie w izolacji sali ćwiczeń. Ten zmysł potrzebuje kontaktu ze światem, konfrontacji i informacji zwrotnej. Szukanie własnego języka to proces, który wymaga odwagi w pokazywaniu tego, co jeszcze nie jest idealne, ale już jest prawdziwe i trudne do skopiowania.
Trening tego artystycznego instynktu można realizować poprzez konkretne działania:
- regularne nagrywanie własnych ćwiczeń i krytyczne, ale życzliwe odsłuchiwanie materiału;
- proszenie wykładowców oraz znajomych o wskazanie elementów, które najbardziej zapadają w pamięć po występie;
- udział w konkursach i przesłuchaniach z nastawieniem na uzyskanie merytorycznej oceny;
- pokazywanie fragmentów pracy w przestrzeni cyfrowej i obserwowanie reakcji odbiorców;
- eksperymentowanie z interpretacją w sposób, który na początku wydaje się nienaturalny.
Holistyczne spojrzenie na warsztat
Muzyk czy wokalista nie jest zbiorem oddzielnych umiejętności, które można włączać i wyłączać w zależności od potrzeb. Jest całością i ta całość pracuje na każdej próbie, podczas każdego koncertu – także w te dni, kiedy instrument wydaje się stawiać opór, a w głowie pojawia się myśl: „Dzisiaj mi nie idzie…”. Zaniedbania w artystycznym BHP rzadko objawiają się natychmiastowym załamaniem techniki. Częściej wracają stopniowo w zmęczeniu, bólu, łatwym rozpraszaniu uwagi i utracie pierwotnej radości z grania. W takim stanie cierpi nie tylko warsztat wykonawczy, ale przede wszystkim twórczość i jakość przekazu.
Warto więc pamiętać o porządku tych pięciu zmysłów. Słuch, wzrok i sygnały z ciała decydują o tym, czy praca jest w ogóle możliwa w komforcie i bezpieczeństwie. Smak i węch budują z kolei to, co artystyczne. Smak podpowiada, czym się inspirować, żeby rozwijać wyobraźnię, a metaforyczny węch wskazuje kierunek, w którym najłatwiej zachować własny rys. Ostatecznie chodzi o to, aby móc spełniać się w muzyce nie „na siłę”, tylko długo, zdrowo i na własnych zasadach – z dobrą higieną warsztatu i z odwagą, żeby być sobą.
Źródła:
- https://kodano.pl/ – sieć salonów optycznych i sklep internetowy
- Understand Noise Exposure | Noise and Hearing Loss – Centers for Disease Control and Prevention (CDC)
- Reducing the Risk of Hearing Disorders among Musicians – National Institute for Occupational Safety and Health (NIOSH)
- Słuchanie muzyki – Centrum Badania Opinii Społecznej
- Prevalence and associated factors of playing-related musculoskeletal disorders among music students in Europe. Baseline findings – C. Cruder, M. Barbero, P. Koufaki i in.
- Computers, Digital Devices, and Eye Strain – American Academy of Ophthalmology
Autor: J.W.